piątek, 24 czerwca 2016

Spróbuj opiewać okaleczony świat (3/10)

Dobrze, to może na początek... Nie wiem co się stało? A już na pewno nie wiem JAK to się stało, że mi się znikło na tyle czasu, ale co ma wisieć nie utonie, więc powróciłam w końcu z kontynuacją messera. Która to kontynuacja jest już oficjalnie skończona, opublikowana nawet i mogliście już się na nią natknąć, jeśli jesteście zarejestrowani na właściwych forach. Nie przedłużając, bo i tak dość się ociągałam od września, zapraszam na ciąg dalszy!

No dobrze, a teraz w sprawie rozdziału trzeciego i kolejnych… Chciałabym bardzobardzo podziękować e.Q za pomoc. Nie przesadzę pisząc, że gdyby nie ona, opowiadanie prawdopodobnie nie doczekałoby się kilku scen i niewykluczone, że w pewnym momencie zaczęłabym udawać, że ono nigdy nie istniało. Szczególnie fascynująca jest historia, która stoi za powstaniem rozdziału ósmego (chyba zwierzałyśmy się z tego na wrocławskiej cebuli?) i może nie opowiem jej Wam w całości, ale zdradzę, że jej sztandarowe hasła to: weekend pisarski, otwieranie wódeczki o szóstej rano i to znamienne pytanie zadane o godzinie ósmej (również rano) „to co, dojebiemy sobie kawę, czy może idziemy w końcu spać?”. Naprawdę polecam weekendy pisarskie (zwłaszcza takie w środku tygodnia, poniedziałek-wtorek) ale uprzedzam, że NO CIENSZKO. Kju, dziękuję!

Rozdział III

Kilka dni później stałem na parkingu z telefonem w ręce i w ramach rozrywki raz po raz zsuwałem jego obudowę. To był już taki nawyk, robiłem to bez udziału woli — jedni wpierniczali tony orzeszków, gdy się denerwowali, inni obgryzali paznokcie do krwi, a ja rozbierałem mój telefon na części pierwsze. Co kto lubi, prawda? Powinienem chyba bardziej uważać, żeby mi przypadkiem bateria nie wypadła, ale co to za zabawa bez odrobiny ryzyka?
W zasadzie nie musiałem tutaj stać i wypatrywać oczu, ale fizycznie nie byłem w stanie usiedzieć na tyłku. Postanowiłem więc zejść na dół i przed blokiem poczekać na przybycie braci Uchiha. Podałem Itachiemu mój adres, a on zapewnił mnie, że jakoś trafi — nawet jeśli nie on sam, to jego nawigacja samochodowa — ale zawsze pozostawał pewien niepokój. Albo może przemawiał przeze mnie wrodzony brak zaufania do nowinek technologicznych. Tak czy inaczej, moje włosy ciężko było przeoczyć, więc najwyżej będę im robił za żywą nawigację, o.
Jeśli myślałem, że targające mną wątpliwości zdążą do tego czasu zniknąć, to grubo się przeliczyłem. Zmieniło się tylko to, że teraz nie miałem już jak się wycofać. Jeszcze wczoraj rozważałem zadzwonienie do Sasuke i odwołanie wszystkiego — chłopak oczywiście domyśliłby się, że po prostu zabrakło mi jaj, żeby się z nim spotkać, tego akurat byłem pewien, ale rozwiązałoby to część moich problemów. Koniec końców nie zrobiłem tego, chociaż cały wieczór zerkałem nerwowo na telefon i wyobrażałem sobie, jak wybieram numer. I dopiero dziś rano, kiedy dostałem wiadomość, że są już w drodze, zrozumiałem, jak wielki błąd popełniam. Było już jednak za późno na wycofanie się, więc pozostało mi jedynie robić dobrą minę do złej gry i mieć nadzieję, że najbliższe dni nie zakończą się jakąś wyjątkowo spektakularną katastrofą.
Czarne audi wtoczyło się na parking akurat wtedy, gdy schylałem się po baterię — która jednak postanowiła wypaść, aby potwierdzić obiegową opinię o złośliwości rzeczy martwych. Przełknąłem głośno ślinę, czując jednocześnie, że zaczynam się pocić jak prosię, ale podniosłem dłoń i pomachałem, upewniając się, że zostanę przez kierowcę zauważony. Z dwojga złego wolałem chyba jednak tę alternatywę, w której jadę na drugi koniec kraju, niczym nieuświadomione chłopię, a szok związany z zobaczeniem braci Uchiha jest krótki i gwałtowny. Naprawdę.
Itachi wykonał piękny manewr parkowania prostopadłego — miałem uzasadnione przypuszczenia, że zaliczyliby mu to nawet na egzaminie na prawo jazdy, a to już nie lada wyczyn — i po chwili zobaczyłem, jak drzwi od strony kierowcy otwierają się i z auta wysiada roześmiany brunet.
— Naruto! — Uchiha starszy uśmiechnął się szeroko, podszedł do mnie i już po chwili poczułem, że zamyka mnie w silnym uścisku.
— Ciebie też dobrze widzieć — odparłem, poklepując mężczyznę po plecach. Przynajmniej tym razem udało nam się nieco zredukować ilość niezręczności. Nieco. Itachi wyglądał na szczęśliwego, a nie zmartwionego rozwojem sytuacji, jak ostatnim razem, chociaż podejrzewałem, że tego rodzaju obawy wciąż w nim były, nawet jeżeli dobrze ukryte.
— Nie żeby mi przeszkadzało wasze gruchanie, ale czuję się ignorowany.
Słysząc ten zjadliwy ton, podniosłem głowę i zza ramienia Itachiego dostrzegłem jego młodszego brata, wpatrującego się w nas z ironicznym uśmiechem. Sasuke spuścił szybę i wychylił się przez okno, wyraźnie czekając, aż zostanie zauważony. Mimowolnie poczułem, jak moje wargi wykręcają się w uśmiechu — to już bardziej przypominało tego nadętego bufona, którego znałem w czasach licealnych. Przywykłem już do tego, że gdy Uchiha wsiada do samochodu, jego ego leci rakietą i, jeśli miałem być szczery, zdecydowanie wolałem to od złamanego życiem człowieka, którego miałem okazję „podziwiać” kilka tygodni temu. Oczywiście wiedziałem, że ta postawa była pewnego rodzaju maską, a ten skrzywdzony chłopak nigdy nie zniknął, ale w ten sposób łatwiej mi było sobie z tym poradzić i przez chwilę autentycznie się ucieszyłem z tej wizyty.
— Musimy trochę popracować nad twoją samooceną, braciszku. — Itachi posłał mi porozumiewawcze „mam-to-na-co-dzień” spojrzenie, po czym skierował się do bagażnika.
Zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak podchodzi do drzwi pasażera, po czym wlepiłem wzrok w ekran telefonu i zacząłem z prędkością światła wpisywać wiadomość tekstową — której to wiadomości wysłać i tak nie zamierzałem, wziąwszy pod uwagę, że miałem wyłączony telefon, ale liczyło się tylko to, żebym nie musiał oglądać rozgrywającej się przed moimi oczyma sceny. Kiedy wysłałem już moją wyimaginowaną wiadomość, podniosłem spojrzenie i zobaczyłem już ulokowanego na wózku Sasuke. Chłopak podjechał bliżej mnie i uśmiechnął się w ten swój irytujący, wszechwidzący sposób.
— Ważna wiadomość? — zapytał, kiwnięciem głowy wskazując na mój telefon.
— Nawet sobie nie wyobrażasz.
— Mogę się domyślać. Zapomniałeś włożyć baterię, młotku. — Uchiha wyszczerzył się szeroko, wskazując palcem na moje dłonie, w których wciąż trzymałem rozebrany na części pierwsze telefon. Zostałem zdekonspirowany, psia mać.
Mruknąłem coś niezobowiązująco, woląc nie zagłębiać się w szczegóły. Mimo wszystko, dobrze było móc znowu zobaczyć Sasuke — gdy chłopak zorientował się, że mu się przyglądam, uśmiechnął się delikatnie, jednak tym razem nie było w tym nawet cienia złośliwości. Wręcz przeciwnie, uśmiechał się ciepło, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że też się cieszy, że mnie widzi.
Nie byłem pewien, jak powinienem się z nim przywitać. Najbezpieczniejszym wyjściem byłoby uściskanie go, tak, jak zrobiłem to z Itachim, jednak nie miałem na tyle rozwiniętych zdolności ekwilibrystycznych, aby wyściskać w ten sposób siedzącego na wózku mężczyznę. Kolejnym pomysłem, który wpadł mi do głowy — był to pomysł dość wariacki, przyznaję — było pocałowanie go. Jakby nie patrzeć, kiedy się ostatnio żegnaliśmy sam mnie o to poprosił, ale… Nie wyglądał na osobę, która chciałaby tę prośbę ponowić. Osobiście miałem opory przed całowaniem niepełnosprawnego, który miałby pewne problemy z odsunięciem się, nawet gdyby tego chciał.
Nie miałem pojęcia, na czym z Sasuke staliśmy. Czy byliśmy parą? Kiedyś tak, teraz — zdecydowanie nie. Nie nazwałbym go również moim przyjacielem, co w świetle obecnych rozważań i tak nie miało sensu, bo to nie upoważniałoby mnie do całowania go na powitanie. Kim więc byliśmy? Na to pytanie odpowiedzi nie znałem — i broń Boże nie zamierzałem go zadawać — ale zamierzałem ustalić to w najbliższej przyszłości.
Kiedy w końcu dotarło do mnie, że nie mogę dłużej przeciągać milczenia, bo sytuacja powoli zaczynała się robić niezręczna, uśmiechnąłem się i wyciągnąłem przed siebie ramię. Męski uścisk dłoni był rozwiązaniem idealnym i nie rozumiałem, dlaczego wcześniej na to nie wpadłem. Sasuke, który najwyraźniej doskonale zdawał sobie sprawę z moich rozterek, spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, którego nie potrafiłem zinterpretować, po czym energicznie potrząsnął moją ręką. Miał silny, zdecydowany uścisk i przytrzymał moją dłoń odrobinę dłużej niż powinien.
— Cześć, młotku.
— Fajnie, że wpadłeś — odparłem, zdając sobie sprawę, że musieliśmy brzmieć dość żałośnie. Od strony Itachiego dało się słyszeć bardzo wymowne parsknięcie, ale miłosiernie powstrzymał się od komentarza. Dobrze dla niego — najwyraźniej zdecydował, że woli swoje zęby w szczęce niż na chodniku. Posłałem starszemu chłopakowi moje najbardziej mordercze spojrzenie, ale ten tylko przewrócił oczami i zamknął samochód.
Nasz mały pochód skierował się w kierunku klatki schodowej i dopiero wtedy spłynęła na mnie pewna świadomość, objawiając się rozpaczą czarną i głęboką jak dupa murzyna. Mieszkałem prawie na samej górze, a windy to w tym rodzaju budownictwa ze świecą szukać. Nie stanowiło to dla mnie większego problemu, poza tym, że zawsze upewniałem się dwa razy czy zabrałem ze sobą już wszystko, żeby nie musieć się później wracać, ale dla Sasuke…
— Nie mam windy — rzuciłem w eter, postanawiając zagrać w otwarte karty. Kląłem na siebie w myślach, że nie pomyślałem o tym wcześniej i nie uprzedziłem ich zawczasu — niestety, nie znałem realiów takiego życia na jakie został skazany Uchiha i nie pomyślałem ani przez chwilę, że coś tak nieistotnego może mieć znaczenie.
Sasuke zbył mnie machnięciem ręki i z dziarską miną parł do przodu, więc to Itachi poczuł się zobligowany do udzielenia mi odpowiedzi.
— Spodziewaliśmy się tego — zaczął, starając się ukryć westchnienie. — Nie martw się tym, mamy już praktykę. Zdziwiłbyś się, jak mało miejsc publicznych jest tak naprawdę przystosowanych dla osób niepełnosprawnych.
— A co z tymi wszystkimi windami i podjazdami? — zapytałem, marszcząc brwi. Przecież gdzie się nie ruszyłem, widziałem te wszystkie udogodnienia dla inwalidów. Fakt faktem, nigdy wcześniej się tym za bardzo nie przejmowałem, ale też nie rozumiałem pobrzmiewającej w głosie Itachiego pretensji. — Normy i tak dalej?
— No właśnie, normy. — Tym razem to młodszy Uchiha zabrał głos, najwyraźniej decydując, że nie potrzebuje w tej sprawie adwokata. Do jego postawy zakradło się coś bojowniczego i jakby mocniej zacisnął dłonie na kołkach wózka. — Podjazdy przy urzędach są, bo muszą być, ale kąt nachylenia nikogo nie interesuje. Nie sposób wepchnąć wózek na górę, a co dopiero samodzielnie tam wjechać. Windy? Oczywiście. Jak już uda ci się wyhodować sobie skrzydła i pokonać te kilka schodków, które cię od niej dzielą. Miejsca parkingowe — zajęte, najczęściej przez blondynki, chociaż do nich akurat nic nie mam, bo niepełnosprawność umysłowa to bardzo przykra sprawa. Toalety dla niepełnosprawnych — bardzo proszę, zawsze zamknięte na cztery spusty. Klucz można uzyskać w kanciapie na pierwszym piętrze. — Uciekłem spojrzeniem, kontemplując widok kwietnika wystawionego w oknie mieszkającej na parterze sąsiadki. Sasuke musiał zauważyć moje skrępowanie, bo jego głos nieznacznie złagodniał. — Mam mówić dalej?
— Nie, zdaje się, że zrozumiałem. — Uchiha w niecałą minutę zdementował cały mój pogląd o funkcjonowaniu inwalidów w społeczeństwie. Wyobrażałem to sobie nieco inaczej, patrząc przez pryzmat kolorowych czasopism informujących, że znowu przystosowali jakiś obiekt do potrzeb osób niepełnosprawnych i radosnych nagłówków głoszących „niepełnosprawni-pełnoprawni!”. Wyglądało na to, że Sasuke na dobre musiał wykreślić ze swojego słownika takie słowa jak „samodzielność” i „niezależność”.
Ciszę, która zapadła przerwał Itachi, bezceremonialnie wciskając mi do ręki ich bagaże i każąc zanieść je na górę, bo przedsięwzięcie czas zacząć. Bez szemrania wykonałem polecenie, szczęśliwy jak prosię w obierkach, że mogłem chociaż na chwilę się oddalić.
— Tylko tutaj wróć! — zawołał jeszcze, zanim zamknęły się za mną drzwi na klatkę. Trasę do mieszkania pokonałem w rekordowym tempie, po drodze prawie zbijając z nóg jakąś babuleńkę. Trochę zmylił mnie jej wygląd, bo już zaczęły mnie łapać wyrzuty sumienia, że potrąciłem naprawdę starą i zniedołężniałą osobę, ale wnet okazało się, że nie była taka stara i zniedołężniała, na jaką wyglądała, bo całkiem żwawo i energicznie wymachiwała laską. Umknąłem więc pospiesznie do siebie, rzucając torby braci Uchiha w pierwszy lepszy kąt. Ostatnie krytycznie spojrzenie na dzieło moich rąk — no dobrze, rąk Kushiny — i mogłem wracać. Początkowo zamierzałem jedynie wykopać w tych hałdach śmieci korytarze, którymi moi goście mogliby się poruszać, jednak matka tak mi wsiadła na psychikę, że ostatecznie mieszkanko dosłownie lśniło czystością. Miałem nadzieję, że Sasuke doceni mój trud i poświęcenie.
Scena, którą zastałem po zejściu na dół, była raczej niecodzienna — Itachi wziął brata na barana i do tego ostrożnie go podtrzymywał, żeby ten przypadkiem nie spadł. Serce ścisnęło mi się boleśnie na ten widok, bo wyobraźnia odmalowała mi zgoła inną scenę — wiele lat temu, gdy byliśmy jeszcze małymi berbeciami, Sasuke bardzo często wykorzystywał starszego brata jako środek transportu. Tylko, że wtedy szczerzył się jak wariat i cieszył się z czasu spędzonego z drugim Uchihą, obaj się szczerzyli — teraz młodszy z braci miał minę pogodzonego z losem męczennika i nerwowo zaciskał dłonie na ramionach starszego, który z kolei wyglądał na zasmuconego.
Odwróciłem wzrok.
— Mógłbyś wziąć wózek? — Głos Itachiego ściągnął mnie w końcu na ziemię. Mężczyzna gestem dłoni wskazał na stojący nieopodal przyrząd, symbol zniewolenia i poniżenia. Skinąłem tylko głową i wziąłem go pod pachę — okazał się lżejszy niż przypuszczałem — chociaż tak naprawdę niczego nie pragnąłem bardziej, niż spalić to gówno. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je na oścież, przepuszczając moich gości.
Itachi był z wysiłku lekko czerwony na twarzy i na końcu języka miałem pytanie, czemu nie złapie brata w jakiś wygodniejszy dla siebie sposób, ale dość szybko zrozumiałam. Ten sposób był dla Sasuke najbardziej komfortowy i najmniej odzierający z godności osobistej. Ja sam chyba umarłbym ze wstydu, gdy ktokolwiek — nieważne, brat, czy nie brat — miał mnie nieść niczym mąż przenoszący żonę przez próg ich pierwszego wspólnego mieszkania. Wzdrygnąłem się na samą myśl. No chyba, kurwa, nie. Nie wątpiłem, że Uchiha był na to zbyt dumny.
Kiedy dotarliśmy na górę, rozłożyłem wózek i obserwowałem, jak Itachi z wyraźną ulgą sadza na nim brata. Żaden z nich tego nie skomentował — Sasuke najwyraźniej był mocno zdeterminowany, aby wyprzeć to wydarzenie z pamięci, a starszy Uchiha nie chciał go dodatkowo krępować. Nie naciskałem.
— Tu mieszkasz? — zapytał po chwili mój były, lustrując spojrzeniem pomieszczenie. Przez moment zląkłem się, że przeoczyłem gdzieś jakąś samotną skarpetkę, ale najwyraźniej oględziny mojego mieszkania wypadły satysfakcjonująco, bo po chwili Sasuke uśmiechnął się drwiąco, z powrotem przenosząc na mnie wzrok. — Ja chyba śnię. Posprzątałeś.
W ramach odpowiedzi jedynie wypiąłem dumnie pierś, komunikując mu tym samym, że nawet ja ucywilizowałem się z biegiem lat. Uchiha parsknął śmiechem, ale niespecjalnie się tym przejąłem.
— Macie ochotę na coś do picia? — zapytałem zamiast tego, gestem dłoni wskazując na naszykowane przy stole krzesła, które specjalnie z tej okazji przyniosłem z piwnicy.
— Myślę, że herbata dobrze nam zrobi. Co myślisz, Sasuke? — Itachi z wdzięcznością opadł na krzesło, wyraźnie zmęczony po podróży i tachaniu brata na górę.
— Tak, herbata brzmi dobrze. — Chłopak skinął głową, po czym podjechał do stołu i na jego wargach wykwitł krzywy uśmiech. — Naszykowałeś mi krzesło. Miło z twojej strony.
Zamrugałem kilkakrotnie, raz po raz zerkając to na krzesło, to na Uchihę. No tak, powinienem sobie palnąć w ten durny łeb. Plując sobie w brodę, w te pędy odsunąłem krzesło pod ścianę, robiąc miejsce na wózek inwalidzki i raz na zawsze żegnając się z przekonaniem, że pamiętałem, aby wszystko należycie przygotować.
— Przepraszam, Sasuke — powiedziałem tylko, błądząc wzrokiem po ścianach. Brudna i podziurawiona w niektórych miejscach tapeta aż prosiła się o wymianę, ale nie miałem do tego ani funduszy, ani nerwów.
— Nie rozpoznałbyś sarkazmu, nawet gdyby cię kopnął w tyłek — westchnął chłopak, kręcąc nieznacznie głową. — Idź lepiej sprawdzić, czy cię przypadkiem nie ma w kuchni.

~oOo~

Poza kilkoma niezręcznościami, popołudnie upłynęło nam wyjątkowo przyjemnie. Sączyliśmy moją szczynowatą herbatę — to znaczy, ja i Itachi sączyliśmy, bo Sasuke wziął do ust tylko jeden łyk, po czym go wypluł i jaśniepańskim tonem nakazał mi natychmiast wylać resztę tych pomyj do sedesu i najlepiej jeszcze odprawić nad tym egzorcyzmy. Przyznaję, nie była to może najlepsza gatunkowo herbata — jeśli miałbym być szczery, to smakiem bardziej przypominała kolorową wodę niż cokolwiek innego — ale osobiście nie byłem smakoszem i nie zamierzałem wybrzydzać.
Itachi, który nie pogardził ciepłym napitkiem, jedynie poklepał mnie wspierająco po ramieniu i, tonem osoby, która zna tego drania na wylot, ale mimo to go lubi, zapewnił mnie, że jutro rano osobiście wybierze się na zakupy i zaopatrzy mnie w taką herbatę, że nawet jego bratu oko zbieleje.
Rozmawialiśmy głownie o pierdołach, o tym, jak spędziliśmy ostatnie dni, jak wygrałem walkę ze śmieciami w mieszkaniu zanim te zdążyły ogłosić niepodległość i o tym jak to stara baba z ondulacją nie umie zaparkować na jednym miejscu parkingowym i potrzebuje aż trzech. Normalne spotkanie kumpli, którzy nie widzieli się dłuższy czas i przynajmniej na chwilę wypierają ze świadomości wszystkie elementy burzące ten sielankowy obrazek.
Po chwili Itachi ziewnął i przeciągnął się, aż jego kości zatrzeszczały.
— Nie wiem jak wy, ale ja to bym się już położył. Jestem trochę zmęczony po podróży.
— Jasne — odparłem, mierzwiąc dłonią swoje włosy. To był dzień pełen wrażeń i też z chęcią bym odpoczął. — Tylko wiecie, mam małe problemy natury lokalowej. W sypialni mam łóżko, pomieści dwie osoby i tak sobie pomyślałem, że skoro jesteście braćmi, to nie będziecie mieli nic przeciwko, jeśli…
— Daj spokój, Naruto — przerwał mi Itachi w pół słowa, uciszając mnie gestem dłoni. Zamknąłem usta z cichym kłapnięciem. — Przecież ja i tak jutro jadę, nie będę się panoszył po twojej sypialni. Rezerwuję kanapę, jeśli to nie problem.
— Spoko — odparłem, starając się ukryć skrzywienie. Miałem nieco inną wizję — ja zamierzałem zainstalować się na kanapie, a braci Uchiha wyeksmitować do sypialni — ale przecież nie będę się spierał. Z gościem nie należało się wykłócać, nawet jeśli kilka lat temu wspomniany gość pewnego pięknego poranka przyłapał cię nago ze swoim bratem w raczej jednoznacznej sytuacji. Szczególnie wtedy. — W takim razie mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzało moje chrapanie. Ogarnę sobie jakiś kocyk i umoszczę sobie tutaj posłanie.
— Zaraz, czemu tu? — zapytał zaskoczony mężczyzna, który zdążył już wstać i rozbebeszyć torbę w poszukiwaniu kosmetyków.
— No przecież nie będę spał pod prysznicem — odpowiedziałem ostrożnie, spoglądając na niego, jakby nie był w pełni władz umysłowych.
— A nie zrobiłeś się czasem za stary na spanie na podłodze?
— Może i tak, ale innych opcji nie mam. — Wzruszyłem nonszalancko ramionami, chcąc przekonać chłopaków, że nie miałem z tym żadnych problemów. Nie lubiłem spania na podłodze i chodziłem potem połamany przez dobre dwa dni, ale trzeba się cieszyć z tego, co się ma. Wszakże zawsze mogłem wylądować na balkonie — którego nie mam — czy coś. — A niby gdzie, twoim zdaniem, mam spać?
— No w łóżku, z Sasuke — odparł Itachi takim tonem, jakby w ogóle nie poddawał tego stwierdzenia pod wątpliwość.
— Co? — zainteresował się młodszy Uchiha, który do tej pory sprawiał wrażenie, jakby nasza rozmowa w ogóle go nie obchodziła. — Odmawiam. — Skrzyżował ramiona na piersi i zgromił brata spojrzeniem. Itachi w ramach odpowiedzi jedynie uśmiechnął się złośliwie. W żaden sposób nie wyparliby się pokrewieństwa — mieli identyczne złowieszcze uśmiechy, chociaż w przypadku Itachiego efekt był bardziej piorunujący, a to głównie dlatego, że na jego twarzy takie grymasy gościły zdecydowanie rzadziej.
— Czy to jest ten moment, w którym zarzekacie się, że co złego to nie wy i absolutnie nigdy nie spaliście razem w łóżku, a ja mam się zadławić moją heterycką dumą i wam uwierzyć? — rzucił chłopak, jakby oskarżycielsko celując w brata dezodorantem.
— Nie w tym rzecz — prawie warknął Sasuke, uosobienie spokoju i cierpliwości. — Czy ty coś, przepraszam, insynuujesz?
— Nie muszę. Jeśli zamierzasz zacząć zgrywać nieprześwięconą dziewicę, to idź być wstydliwą cnotką gdzie indziej.
— Hej! — Zauważyłem, że młodszy Uchiha już nabiera powietrza w płuca, więc postanowiłem interweniować, zanim na dobre rozgorzeje kłótnia. Miałem tę wątpliwą przyjemność być tego świadkiem już kilka razy i wystarczy mi do końca życia. — Kiedy ja naprawdę mogę spać na podłodze. Poza tym, to i tak tylko jedna noc, więc naprawdę nie ma żadnego problemu.
Sasuke spojrzał na mnie kątem oka, oceniająco.
— W porządku. Możesz spać ze mną w łóżku, ale tylko tę jedną noc.
— No przecież mówię, że nie zamierzam! — W obronnym geście wyrzuciłem ręce w górę, czując, że nie mam jakiejkolwiek kontroli nad sytuacją.
— Zamknij się, Naruto. Pamiętasz o tym, co ci pisałem jakiś czas temu? Żebyś nie liczył na takie spotkanie, jak kiedyś? Dokładnie to miałem na myśli. Tak długo, jak będziesz trzymał rączki na kołdrze, możemy spać w jednym łóżku. — Itachi był wart tyle złota, ile ważył, bo taktownie udał, że zapadł na czasową głuchotę.
— Ale…
— Nie dziękuj — dodał tonem kończącym dyskusję. Usłyszałem jeszcze chichot starszego Uchihy, gdy ten mrugnął do mnie porozumiewawczo i umknął do łazienki.
— Mam poważne podejrzenia, że zostałeś zmanipulowany, Sasuke.
— Wiem — odparł szczerze chłopak, nie wyglądając na jakoś szczególnie wkurzonego. A to ci niespodzianka. Nie byłem jeszcze mentalnie przygotowany, by zostać z nim sam na sam, więc wstałem, sprzątnąłem brudne naczynia i udałem się do sypialni, aby zawczasu zaścielić łóżko.
Kiedy już wszyscy się wykąpaliśmy, siedziałem na łóżku, obracając w dłoniach wyświechtaną książkę i czekałem na pojawienie się Sasuke. Gdy ja wpadłem do niego z wizytą, nie mieliśmy żadnych problemów z zakwaterowaniem, bo dostałem własną sypialnię, jednak u mnie panowały inne warunki. Itachi wykonał świetną robotę wpuszczając brata w maliny — chłopak nigdy nie zgodziłby się na spanie ze mną w jednym łóżku, gdyby którykolwiek z nas go o to poprosił, już prędzej sam przeniósłby się na podłogę, ale jeśli uderzyć w jego męską dumę…
Moje rozmyślania przerwało skrzypienie drzwi i po chwili Uchiha ostrożnie wjechał do pomieszczenia, zgrabnie lawirując pomiędzy szafą a łóżkiem. Podniosłem spojrzenie i uśmiechnąłem się do niego nieznacznie, mężnie udając, że ta sytuacja wcale nie była krępująca. Sasuke najwyraźniej zdążył się już przygotować do snu, bo był przebrany w stary dres, a na kolana narzucony miał kocyk — wyglądający na ciepły i miły w dotyku, granatowy kocyk, którego przeznaczenia nie pojmowałem, ale obiecałem sobie, że kiedyś się o to zapytam.
— Widzę, że masz mojego „Mistrza i Małgorzatę” — zauważył chłopak, podjeżdżając do samej krawędzi mebla i wyplątując się spod okrycia. Odgarnął kawałek koca i zaczął mościć się na łóżku — niewykluczone, że powinienem odwrócić wzrok, ale było coś fascynującego w sposobie, w jaki Sasuke z zaciętą miną i zmarszczonym czołem, siłą samych ramion przenosi ciało na łóżko, po czym łapie obie nogi za nogawki spodni i je również kładzie na pościeli.
— Tak. Można powiedzieć, że przechowałem go dla ciebie — odparłem, wręczając mu książkę. Uchiha wziął ją ode mnie, dbając jednak o to, aby nie dotknąć mojej skóry. Pogładził okładkę, jakby witał się z dawno niewidzianym przyjacielem i przygarnął wolumin do piersi.
— Nie sądziłem, że kiedykolwiek ją jeszcze odzyskam. Podejrzewałem, że raczej ją spalisz, żeby pozbyć się związanych z nią wspomnień. — Spiąłem się wewnętrznie, odwracając wzrok. Nie byłem jeszcze gotowy na tę rozmowę, być może nigdy nie będę.
— Kilka razy się do tego przymierzałem — przyznałem, przykrywając się kołdrą i uklepując pięścią poduszkę. — Ale wiesz, rękopisy nie płoną.
— Tylko że to nie jest rękopis, młotku. — Sasuke roześmiał się, po czym położył książkę na swoim wózku i również ułożył się do snu.
— Nieistotne szczegóły — odparłem, również się uśmiechając. Miło było usłyszeć śmiech Uchihy, nawet jeśli śmiał się z mojej głupoty i ignorancji. Zgasiłem lampkę i pokój zatonął w ciemnościach.
Być może powinienem coś powiedzieć, nawiązać jakąś rozmowę, ale… Nie chciałem. Dzisiejszy dzień był trudny i podejrzewałem, że nie tylko ja tak to odebrałem. Gdybyśmy zeszli na jakiekolwiek poważniejsze tematy, prawdopodobnie obaj skończylibyśmy z jeszcze gorszym humorem, więc świadomie wybrałem milczenie. Uchiha nie protestował.
Wsłuchiwałem się w jego oddech i wpatrywałem w niewyraźną sylwetkę po drugiej stronie łóżka, aż nadto świadomy obecności Sasuke. Po tych wszystkich latach spędzonych na śnieniu o nim i wyobrażaniu sobie naszego ponownego spotkania, znowu wylądowaliśmy razem w łóżku — tyle tylko, że nic nie było tak jak w moich wyobrażeniach.
Wyobrażałem sobie, że gdy przyjdzie co do czego, obijemy sobie mordy, jak przystało na ludzi, którzy rozstali się w taki sposób jak my, nawrzeszczymy na siebie, a potem wylądujemy w łóżku, kochając się, jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Nie wyobrażałem sobie natomiast wózka inwalidzkiego w kącie i Itachiego pochrapującego cicho z drugiego pokoju. Nie podejrzewałem, że to wszystko będzie przebiegać tak… tak spokojnie.
Nie miałem pojęcia co przyniesie nam następny dzień i jak długo ten spokój zdoła się jeszcze utrzymać. Być może miało to być moje ostatnie spotkanie z Sasuke, a może to miał być dopiero początek. Cholera, ja wciąż nie wiedziałem nawet, kim dla siebie byliśmy. To było… skomplikowane. Doskonale pamiętałem tamten skradziony całus, gdy staliśmy na podjeździe przed jego domem i się żegnaliśmy — nie wiedziałem, dlaczego Uchiha zrobił to co zrobił, nigdy nie pytałem. Dość wyraźnie zaakcentował, że mam się po tej wizycie niczego nie spodziewać i przyjąłem to do wiadomości. Co jednak nie znaczyło, że nie miałem nadziei.
Po jego zniknięciu w klasie maturalnej byłem w kilku związkach — próbowałem nawet z dziewczyną — jednak dość szybko pojmowałem, że to wszystko było z góry skazane na porażkę. Jedynie z Saiem zaszedłem na tyle daleko, że było mi autentycznie przykro z powodu zakończenia naszych kontaktów. Mogłem sobie lubić Saia, ale to Uchiha zajmował specjalne miejsce w moim sercu i nie było sensu się tego wypierać.
Napisał mi kiedyś, że w ogóle nie jest „zorientowany” i że seks już nie jest dla niego. Że związki nie są dla niego. Ogólnie zdawał się być raczej przekonany, że jako kaleka nie może być obiektem niczyich westchnień, a ja nie miałem ambicji by wyprowadzać go z błędu. Czy wciąż potrafiłem myśleć o nim, jako o partnerze, kochanku? Zdecydowanie tak. Jednak jego niepełnosprawność mnie przerażała i nie miałem bladego pojęcia, czy taki związek mógłby w ogóle funkcjonować. Normalnie aż rzygałem poprawnością polityczną, ale gdy przychodziło co do czego, miałem prawdziwy mętlik w głowie.
Widziałem kiedyś zakochaną parę, spacerowali sobie po parku. Dziewczyna pchała wózek — jak dowiedziałem się później od kolegi, byli małżeństwem od paru miesięcy. Kilka tygodni po ślubie facet spadł ze schodów i nieźle się poturbował, paskudna sprawa. Pamiętam, że mu współczułem — młody chłop, a już tak bardzo doświadczony przez życie. Ale dziewczynie współczułem bardziej. Mąż nigdy nie zabierze jej na spacer, nie wybiorą się razem na przejażdżkę rowerową, prawdopodobnie nie jest już nawet w stanie zaspokoić jej seksualnie. Jeśli kiedykolwiek będą mieli dzieci, będą one musiały żyć z ojcem-kaleką i matką, która powoli przestaje sobie radzić z tym wszystkim. Zastanawiałem się, czy związałaby się z nim, gdyby wypadek miał miejsce przed ślubem. Sądziłem, że prawdopodobnie nie, ale odwróciłem wzrok, szczęśliwy, że mnie to nie dotyczyło.
O, naiwności.
Nie wiedziałem też, jak Sasuke zapatruje się na to wszystko — nie mówił, że sobie kogoś znalazł, ale pewności nie miałem. Zakładanie, że wciąż czuje do mnie pewien… sentyment, byłoby głupotą z mojej strony. Prawdopodobnie wcześniej, czy później będziemy musieli to przedyskutować, ale nie tej nocy.
Wybrałem milczenie, po raz kolejny.
— Dobranoc, messer — mruknął na wpół sennie Uchiha, po czym przewrócił się na drugi bok. Dziwne, byłem pewien, że już dawno zasnął.
Nie miałem śmiałości go przytulić, ani dotknąć w jakikolwiek sposób, ale skrycie się cieszyłem, że chociaż tę jedną noc możemy spędzić tak blisko siebie. Mimo wszystko.
Lubiłem budzić się obok niego.

1 komentarz:

  1. Hej,
    autorko bardzo się cieszę, że blog jest odblokowany... zaglądam tutaj od czasu do czasu, a teraz ucieszyło mnie, że mogę sobie dalej czytać opowiadania... chwilkę mi zajmie, zanim nadrobię, bo muszę się zorientować gdzie czytałam ostatnio... ale mam teraz te kilka dni takich luźniejszych więc powinno mi to tylko zająć bardzo mało czasu...
    jeszcze mam pytanie, a w zasadzie dwa... czy jest jakiś z Tobą kontakt, jeśli ponownie byś zablokowała, no i drugie czy masz kontakt z autorką bloga, therearetimes...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń